Niedawno, tak niedawno, że wciąż czuję to bardzo wyraźnie, nasz region nawiedziła bezprecedensowa powódź błyskawiczna. W jednej chwili odebrała ludziom życie, źródła utrzymania i domy. Całe społeczności zmagały się z ogromem strat, rodziny przeżywały dramat po utracie bliskich lub w niepewności o tych, których porwała woda, a deszcz wciąż nie ustawał.
Na początku słyszeliśmy o najbardziej dotkniętych miejscach, oddalonych od nas o kilka godzin drogi. Władze stanowe i federalne, lokalne kościoły oraz organizacje pomocowe natychmiast ruszyły z pomocą. Potem jednak dotarła do nas wiadomość, że w naszej okolicy zalany został dom długoterminowej opieki dla dzieci i dorosłych z poważnymi niepełnosprawnościami. Jednego z pracowników porwała fala powodziowa. Mieszkańców ewakuowało wojsko.
Nasza lokalna społeczność natychmiast się zmobilizowała. Ludzie przynosili potrzebne rzeczy, przekazywali fundusze i oferowali każdą możliwą pomoc. Wszyscy podopieczni ośrodka musieli opuścić swoje miejsce zamieszkania, co było dla nich podwójnie traumatyczne, ponieważ żadne z nich nie rozumiało, co się wydarzyło. Ich ból stał się bólem całej naszej społeczności. Wiedzieliśmy, że musimy jak najszybciej przywrócić ich dom do życia.
Nigdy nie zapomnę chwili, gdy podjechałam na miejsce i zobaczyłam dosłownie setki wolontariuszy z naszego niewielkiego miasteczka. Czyściliśmy, wynosiliśmy zniszczone rzeczy, sortowaliśmy, naprawialiśmy przez długie godziny. Łączył nas jeden cel i jedno serce w obliczu kryzysu.
Tyle osób zaangażowało się w pomoc, że prace, które normalnie zajęłyby tygodnie, a może nawet miesiące, zostały ukończone w ciągu zaledwie kilku dni. Mieszkańcy mogli wrócić do swojego domu, a personel pomagał im odnaleźć się po tym traumatycznym doświadczeniu. Rozmawiałam z dyrektorami ośrodka. Mówili mi, jak bardzo są poruszeni tym, że społeczność tak licznie i ofiarnie stanęła przy nich.
Jestem ogromnie wdzięczna, że mogliśmy zrobić coś dobrego dla tych drogich nam osób dotkniętych powodzią. Jednak jeszcze mocniej zapadło mi w serce coś innego: jak piękne jest to, gdy potrafimy się zjednoczyć. W naszej społeczności czuło się ducha jedności i życzliwości oraz przypomnienie, jak wiele nas łączy, niezależnie od tego, co zwykle podkreśla nasze różnice, takich jak polityka, religia czy pochodzenie.
Nikt nie życzy nikomu katastrofy. A jednak jest coś, co katastrofa potrafi nam wyraźnie pokazać. Gdy wszystko się wali, przestajemy przejmować się drobiazgami, które w spokojnych czasach wydają się tak ważne. Modlę się, aby to doświadczenie na zawsze przypominało mi i naszej społeczności, że potrafimy się zjednoczyć i wznieść ponad to, co w mniej trudnych chwilach wydaje się nas dzielić.
